Najnowsze wpisy


sty 29 2009 niekosztujeemocji
Komentarze: 0

–Wsiadasz pan, czy nie?
Na początku myślałem, że słowa te kieruje do zupełnie kogoś innego, ale byłem zupełnie sam. Zupełnie sam tego ranka, gdy zawsze o tej porze pełno ludzi kłębiło się dookoła. Nie licząc oczywiście tamtej blondynki, ale ona była raczej obrazem niż osobą.
–Ja?
–A co duch święty?
Miałem wolny dzień i nie bardzo wiedziałem, co z nim zrobić. Mając w pamięci jeszcze niezbyt dobrze przespaną noc, nie byłem jeszcze zdecydowany jak dzisiaj chciałbym go spędzić. Może trochę inaczej i ten autobus był alternatywą, chociaż nie wiedziałem, dokąd jedzie.
Pchnięty nieznanym impulsem, widząc w środku kilka osób postanowiłem wsiąść ignorując nieznany strach, który pojawił się we mnie bez uzasadnionego powodu.
Kierowca gwałtownie zatrzasnął za mną drzwi i uruchomił silnik. Nie zapytał czy mam bilet i gdzie chcę wysiąść. Nie powiedział nic, tylko skupił się na jeździe. Trochę zdezorientowany przyjrzałem się pasażerom. Siedziała tutaj młoda kobieta w mini spódniczce sprawiając wrażenie jakby wracała z nocnej imprezy Był i zupełnie niepasujący ksiądz w koloratce skupiony na modlitwie. Z tyłu zobaczyłem śpiącego mężczyznę w podartej koszuli, od którego w całym autobusie roznosił się zapach alkoholu. Po lewej stronie siedział trochę podenerwowany mężczyzna w garniturze, gwałtownie ściskający na kolanach czarną teczkę. Teraz i ja dołączyłem do tego dziwnego towarzystwa.
Wybrałem pierwsze z brzegu wolne miejsce i usiadłem. I wtedy zapatrzony w przyciemnianą szybę, przez którą nie wiele było widać przypomniałem sobie nocny sen. Mimo że po przebudzeniu szczegóły zatarte były mgłą, teraz doskonale wszystko pojawiło się w mojej pamięci.
Był tam autobus, pusta droga i pustynia. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem, że chyba od rana wariuję. Ten dzień zaczął się dziwnie i dziwnie toczył się dalej.
Spojrzałem na przód samochodu gdzie siedział kierowca i przy samej szybie zauważyłem przesuwający się na czarnym pasku świetlny napis.
„ WARUNKIEM NIEŚMIERTELNOŚCI JEST ŚMIERĆ”
Co za dziwny napis?- pomyślałem. Spodziewałem się tam nazwy kolejnego przystanku, a zobaczyłem wypisaną myśl, którą kiedyś już słyszałem. Pomyślałem, że czas się dowiedzieć, dokąd jedzie ten autobus. Może jego pasażerowie udzielą mi pełnej informacji?
Obejrzałem się za siebie i spojrzałem w kierunku młodej dziewczyny, która kurczowo ściskała nogi.
–Przepraszam panią, dokąd właściwie jedziemy?
Wydała się zdziwiona tym, że ktoś do niej mówi i zignorowała moje pytanie. I nie od niej otrzymałem odpowiedź.
–Do celu bracie, gdziekolwiek on jest dla każdego z nas- odezwał się młody ksiądz.
–Czy to daleko?- zapytałem
Ksiądz dopiero teraz spojrzał w moją stronę. Zobaczyłem, że na nogach trzyma grubą księgę, która zapewne była biblią.
–Nie wiesz tego? Zajrzyj w głąb własnej duszy, a dowiesz się gdzie jest twój cel- odparł.
Nie takiej spodziewałem się odpowiedzi, lecz chwilowo wolałem nie zaczynać żadnej dyskusji
Wyjrzałem przez okno i lekko zdziwiony zauważyłem, że jedziemy pustą drogą w zupełnie nieznanej mi okolicy, która była raczej kamienną pustynią, niż podmiejską dzielnicą, do której najwyżej mogliśmy dojechać w ciągu tych kilku minut. Nie poznawałem tego miejsca, a przecież znałem miasto, w którym mieszkałem doskonale. Coraz mniej zaczynało mi się to wszystko podobać.
–Kiedy będzie najbliższy przystanek?- zapytałem, ale nikt mi nie odpowiedział. Lekko zdenerwowany wstałem i podszedłem do kierowcy.
–Panie kierowco. Dokąd my jedziemy?
Tamten nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Droga przed nami była pusta aż do samego horyzontu. Jakim cudem w czasie niewielu minut znaleźliśmy się w zupełnie obcym miejscu?
–Proszę się natychmiast zatrzymać! Ja tutaj wysiadam!- zawołałem zdenerwowany.
–Proszę nie krzyczeć!- zawołał z tyłu przebudzony pijak.
W tej samej chwili podszedł do mnie elegancko ubrany mężczyzna i zaczął szeptać.
¬–Niech pan siada, proszę pana bardzo...-powiedział ze strachem w głosie.
Tego było już za wiele. Zdenerwowany odepchnąłem mężczyznę i chwyciłem za rękę -kierowcę. Poczułem pod palcami coś dziwnie nienaturalnego i obcego. Kierowca spojrzał wtedy na mnie i przeraźliwie się uśmiechnął.
–Pan nie wierzy we własne przeznaczenie. To grzech!- zawołał ksiądz.
–O jakim przeznaczeniu pan mówi!. W swoich planach na dzisiaj nie miałem zamiaru się nad tym zastanawiać!
-Ja także, a jednak jestem tutaj. Nikt nie zna swojego dnia ani godziny...Przecież pan już nie żyje- powiedział.
Dziewczyna zaczęła płakać i ściskać w ręku chusteczkę.
Elegancki mężczyzna znowu podszedł do mnie i powiedział.
–Proszę się uspokoić. Ja chcę szczęśliwie dotrzeć do celu...
W oczach miał strach jakiego nigdy chyba dotąd nie czuł.
–Czy ktoś się, ze mną napije?
–Boże...Daj nam wszystkim siły na tej ostatniej drodze...
-Panowie...ja musze oddać sprawozdanie...
Na czarnej ramce pojawił się kolejny napis.
„TAM GDZIE ŚMIERĆ TAM ŻYCIE”
Dziewczyna wyciągnęła rękę i położyła mi ją na dłoniach. Zajrzała głęboko w oczy i powiedziała.
–Nie znam pana, ale wiem o panu nie wiem skąd tak wiele? Zazdroszczę ci wspomnień…
W tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że niczego nie pamiętam. Moje życie było dla mnie nieznane i nie wiedziałem, kim jestem ani jak się nazywam. Ogarniała mnie z wolna panika. Lecz z drugiej strony na czymś mi ogromnie zależało. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę jechać dalej i muszę natychmiast wracać. Popatrzyłem raz jeszcze na kobietę szukając w jej spojrzeniu pomocy.
–Co pani jeszcze o mnie wie?
Znowu zapłakała i wykręciła się od udzielenia odpowiedzi.
–Tylko Bóg wie o na s wszystko- zawołał ksiądz.
,–O czym wy mówicie do licha? Czy to autobus wariatów!?- zawołałem i chwyciłem z całych sił ręce kierowcy. W tej samej chwili autobus gwałtownie zahamował i zatrzymał się. Z okien wyleciały wszystkie szyby zasypując podłogę drobnymi kryształami. Dźwięk tłuczonego szkła był niemal ciszą w porównaniu z krzykiem, jaki wydała z siebie kobieta. Kierowca jakby oprzytomniał i spojrzał na mnie otępiałym martwym wzrokiem.. Nie zastanawiając się wybiegłem z autobusu i spojrzałem na krajobraz dookoła. Wszędzie gdzie sięgały oczy była kamienna pustynia, pustka a w uszach słychać było szum narastającej ciszy.
Gdzie ja jestem? Co to za dziwne miejsce?
Za mną stanęła dziewczyna próbując uspokoić histerię. I gdy na nią spojrzałem zobaczyłem w swoich myślach coś dziwnego. Jej ostatnie chwile...chwile jej życia. Zobaczyłem biały pokój, jakiegoś mężczyznę i pistolet w jego rękach.
-Dawaj dziwko te pieniądze, bo zabiję!- usłyszałem w myślach głos, a potem strzał. I dopiero teraz, gdy podniosła głowę zobaczyłem na jej piersi czerwony znak...
Z autobusu wysiadł elegant, pijak i na końcu ksiądz. Tylko pijak jeszcze nie zdawał sobie sprawy ze wszystkiego. Wyciągnął z kieszeni butelkę, pociągnął długi łyk, a potem beknął.
–Co za przesrane życie. Może w końcu tu mi się spodoba?- zapytał.
Najbardziej spokojny był ksiądz. Z uśmiechem na ustach spoglądał na błękitne niebo a potem zapytał.
–Czy ktoś z was wie jak i dlaczego umarłem?
–Byłeś zbyt dobry dla ludzi...rzekł pijak- Chciałeś zbawić świat...ale jego przecież nie da się zbawić...
–Tak...Mimo to trafiłem na Boga...On mnie widocznie potrzebował...
–Na Boga? No właściwie możesz tak uważać człowieku...Można tą naszą wieczność i tak nazwać...Ale to nie Bóg jest dookoła i my nie idziemy ku wiecznej nieśmiertelności...To nowe życie...jeżeli zrozumiemy jego dalszy ciąg.
–Co ty synu o tym możesz wiedzieć...
Zdenerwowany podszedłem do księdza i zajrzałem mu w oczy. W jednej chwili zobaczyłem w nich film z jego życia a właściwie pewną scenę w jego pokoju, jak naćpany kokainą przeleciał młodą wyznawczynie swej wiary. W pierwszej chwili przeraziłem się, ale w następnej uświadomiłem sobie, że to nie był ksiądz, tylko parszywy przebieraniec żerujący na czyjejś wierze. Miał w sobie wiarę obłąkanego człowieka.
Nie mogłem już dłużej tego wszystkiego znieść i odszedłem na bok.
Pijak oddalił się kilka kroków od nas, odwrócił się i oddał mocz.
–Czy po śmierci nadal bym sikał? Do diabła, umarłem chyba, ale tego nie czuję.
–Znaleźli pana martwego w ciasnej uliczce...Obok była butelka trefnego alkoholu- odezwał się nieśmiało elegant.
–Wiedziałem, że tak skończę...To dla mnie nie nowina... –odparł pijak podciągając spodnie. Popatrzył na wszystkich po kolei, najpierw się zdziwił, a potem zaczął głupio śmiać. Jakby zobaczył w swoich myślach to, co przeżyli i inni.
Zupełnie było to wszystko szalone. Ludzie opowiadali sobie własną śmierć. Jeżeli to prawda, to, kto zna prawdę o mnie?
–A ja?- zapytałem
Tym razem odezwała się dziewczyna. Przestała już płakać i podeszła bliżej mnie. Dopiero teraz w blasku słońca zobaczyłem jej mocno zrujnowaną urodę. Kiedyś była piękna, ale jej wdzięk już dawno minął i teraz udawała przed sobą że jest zupełnie inaczej.
–Nie wiem skąd to wiem, ale wiem...Ty umarłeś z miłości....To była piękna śmierć....Byłeś chory...Oddałeś siebie...komuś, kto tego potrzebował. I widzę twoją miłość, twoją nieposkromioną i niezaspokojoną namiętność.
Było w tej dziewczynie coś niesamowitego, czego od razu nie dostrzegłem. Tym swoim słabiutkim głosem potrafiła zmrozić krew w żyłach. Znacznie mniej bym się w tej chwili przestraszył, gdyby była tęga, stara, a twarz miałaby wysmarowaną grubą szminką.
Sięgnęła do torebki po kolejną chusteczkę i w tym momencie wypadła z niej mała lalka...Chwyciła ją w dłoń i kurczowo przycisnęła do serca. Zrozumiałem, że ma dla niej większe znaczenie niż cokolwiek na świecie.
W końcu wysiadł kierowca i niepewnym krokiem zrobił kilka kroków w moją stronę.
-To, co wiemy o sobie, to złudzenie...Nikt z nas nie wie i nie pamięta kim naprawdę był. Mamy tylko w sobie cząstkę czegoś nam zupełnie obcego. Czyjeś myśli i życie, co przywędrowało do naszego umysłu w niezrozumiały sposób. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale tak jest. Całe nasze istnienie było złudzeniem, nieprawdą, może czyjąś grą albo scenicznym występem. Myślę, że tutaj w tym miejscu, w którym jesteśmy, wszystko zaczyna się od początku albo ma swój uzasadniony koniec. Może znowu zaczniemy żyć tylko złudzeniem własnej egzystencji.
Rozejrzał się dookoła i utkwił wzrok na pustym zamglonym horyzoncie i splunął.
-Tam jest miasto, początek każdego z nas- powiedział wskazując horyzont.
Ksiądz ukląkł i zaczął się gorąco modlić. Pijak przeszedł obok niego obojętnie i zapytał kierowcy.
–Czy i teraz będę pijakiem?
–Chciałbyś nim być?
–Nie wiem...Ale przeżyłem chyba sporo lat. Nie jestem już młody a w sercu mam jakąś radość. Może to wspomnienie mojego prawdziwego życia? Skoro czuję szczęście to chyba nie było ono złe? Nie wierze w te bzdury, które powiedziałeś. Ja czułem, że żyję i czuję, że wiele przeżyłem, mimo że skończyłem jak pijak.
–Doświadczasz wyzwolenia od złego i dlatego się cieszysz- odparł elegant i otworzył czarną teczkę. W środku zobaczył białe nie zapisane kartki.
–To twoje życie- rzekł kierowca. Było puste jak ten papier...
Nie interesowali mnie w ogóle moi towarzysze. Za wszelką cenę chciałem się dowiedzieć, dlaczego umarłem z miłości. Sięgnąłem dłonią do kieszeni a w niej znalazłem zdjęcie jakiejś kobiety. Miała czarne gęste włosy, duży biust i zgrabną sylwetkę. Coś podpowiadało mi, że bardzo ją kochałem...Coś mówiło mi bym wracał do niej, bo więcej już jej nie spotkam. Nie chciałem nowego życia pełnego nowych złudzeń. Chciałem starego, w którym była ona, chociaż nie wiele o niej wiedziałem.
–Chcę wracać. Nawet, jeżeli tam za pięć minut umrę i nie otrzymam kolejnej szansy. Chcę jeszcze raz zobaczyć moją ukochaną-odezwał się we mnie głos.
–Boże błogosław nas i doprowadź do wieczności...szeptał ksiądz i dopiero teraz otworzył swoją biblie. Ale w środku nie było kartek a jedynie żółty morski piasek. W jego oczach pojawił się strach przed czymś nieznanym, czego nie mógł sobie wyobrazić..
–Boże! Dlaczego mnie opuściłeś!- zawołał i wzniósł ręce do góry.
Niewiadomo skąd, nagle nadjechał kolejny autobus. Zatrzymał się przede mną i wyjrzał z niego tak samo ohydny wyglądem kierowca.
–Pięć minut starego życia dla każdego...Kto się decyduje?
Pierwszy odszedł pijak. On nie miał, dokąd wracać i chyba to przeczuwał. Kobieta niemal uciekła, a strachliwy elegant wycofał się tyłem. Tylko ksiądz się wahał. Ale i on nie wszedł do środka. Pobłogosławił najpierw autobus, a potem mnie i powiedział.
–Zazdroszczę Ci synu. Zazdroszczę ci Twojej miłości. Dla pięciu minut poświęcisz swoją wieczność...Masz wiarę większą ode mnie. Ja nie chcę sprawdzić, dlaczego za wszelką cenę chciałem zbawić świat. Teraz chcę zbawiać go od nowa. Do jakiegokolwiek trafię...Ale Ty musisz sobie jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie. Jaki cel ma Twój powrót?
–Jeżeli dla kogoś umarłem to ten ktoś musiał cierpieć. Nie chce by cierpiał. Chcę wziąć na siebie ten ból-odparłem
Popatrzyłem jeszcze na kierowcę, który także jeszcze czekał i zapytałem.
–Jaki jest kolejny warunek nieśmiertelności?
–Wrócić-odparł i roześmiał się w głos.
Nie zrozumiałem jego odpowiedzi, ale kryła się w niej jakaś nadzieja. Może od tych kilku minut, które mi podaruje życie, zależeć będzie moja wieczność? Skinąłem głową i wsiadłem do środka a drzwi za mną zatrzasnęły się z hukiem.
Autobus był pusty. Pewnie wielokrotnie się już zatrzymywał i nikt do niego nie wsiadał. Każdy chciał mieć jeszcze jedną szanse, jeszcze jedno złudzenie by je lepiej móc wykorzystać. Ja wolałem odzyskać kilka minut miłości, o których tak nie wiele wiedziałem Na czarnym pasku pojawił się napis „MIŁOŚĆ JEST DROGĄ DO ŻYCIA”

takwieluw : :